Co za pogoda! Coś z rodzaju co to „zawieje” i na dodatek samo „zamiecie”. Jeszcze tylko kilkaset metrów Zamkową i będę na Rynku… I pomyśleć, że kiedy chodziłam tutaj do szkoły to ulica nosiła nazwę 22 lipca. Jak ten świat się zmienia.
Otoczenie się zmieniło, ale sam budynek z czerwonej cegły wygląda zupełnie jak na starej pocztówce. W oknach mieszkań – prawdziwa orgia świateł. Każdy chce mieć ładniej, oryginalniej, na bogato. To co jeszcze niedawno mi się podobało, teraz już drażni. Nagle zatęskniłam za czasami kiedy nie biły po oczach wściekle mrugające światełka. Zamiast tego, każdy wypatrzony w oknie blask choinki, powodował ciepłe uczucia. Brr! Ale sypie. Prosto w oczy. Przez śnieg prawie nic nie widać…
Przetarłam oczy. Nagle przestało padać i zrobiło się cicho. Co tak ciemno, czyżby prąd wyłączyli? Nie świeci żadna latarnia. W ogóle nie ma latarni! Dobrze, że leży śnieg, przynajmniej nie jest czarno dookoła. Zaraz zaraz, coś tu nie gra. Budynki niby te same. A nie! Brakuje kwadratowego piętrowego domu i kwiaciarni po lewej. Wprawdzie nie przechodziłam tędy od kilku tygodni, ale w jakim celi mieliby je wyburzać? Na tym miejscu stoi niski budynek z jakimś szyldem przysypanym śniegiem. Wyminęła mnie grupka rozgadanych dzieciaków z sankami. Na chwilę zamilkli przyglądając mi się ciekawie. Chyba im się spieszyło bo zaraz ruszyli dalej biegiem. W tym momencie z szyldu spadła gruba warstwa śniegu i odkryła napis: „Karczma”. O nie! Tata mówił mi, że tutaj była karczma, ale to było pewnie 100 lat temu, kiedy ta część Swarzędza była jeszcze wsią. Co to znaczy…? To znaczy, że przeniosłam się 100 lat wstecz?! Niemożliwe! A może jednak… W tym momencie ulicą przejechał koń z saniami i rozległ się dźwięk dzwonka. A jednak możliwe! Skoro jestem w przeszłości, to jeszcze kilka kroków i powinnam zobaczyć żydowską bożnicę, która spaliła się w latach trzydziestych. Jest! Zamiast parkingu przede mną stoi drewniany budynek świątyni. Niesamowite! Okna oświetlone. Zdaje się, że żydzi obchodzą święto Chanuka. Skoro jestem tutaj, to wystarczy przejść ulicą Ogrodową i moim oczom powinna się ukazać kolejna świątynia – zbór protestancki. Śnieg skrzypi pod butami. W okienkach niskich budynków widać światła naftowych lamp. Trochę zimno, trzeba przyspieszyć. Boję się, ale ciekawość pcha mnie dalej. Nagle moim oczom ukazał się wysoki majestatyczny budynek kościoła. Dokładnie w miejscu gdzie latem tryska kolorowa fontanna! Chyba zwariowałam. Ale skoro już tu jestem…. To dlaczego nie? Muszę zobaczyć co się dzieje w domu pradziadka! … Skręciłam w lewo, w stronę Rynku. O, na Rynku są latarnie! Chyba gazowe. Ich światło, połączone ze śniegiem, daje specyficzny ciepły nastrój. Ratusz, tak jak się spodziewałam, jest o piętro niższy niż ten, który znam. W dodatku z północnej strony jest bardziej rozbudowany. Dlaczego wokół taki spokój? Czy ludzie wtedy nie wychodzili z domu wieczorami? Zajrzałam przez okno jednego z mieszkań. Przecież to Wigilia! Jakaś kobieta kładzie sianko pod obrus, a mężczyzna zapala świeczki na niewielkiej choince. To dlatego na ulicach tak pusto. Ludzie zasiadają do wigilijnego stołu… Takiej okazji nie mogę zmarnować, muszę szybko biec do domu pradziadków. Skręciłam szybko w Zamkową i pobiegłam na Krótką, gdzie pradziadek kupił kiedyś od gminy żydowskiej posesję. Kilka metrów dzieli mnie od okien. Co mogą w tej chwili robić? Trochę się boję tam zaglądać. Śnieg skrzypi pod nogami. Widzę już światło padające z okien na wąską uliczkę. Jeszcze kilka kroków…. Kiedy podchodziłam serce mi waliło jak młot. Szyby miejscami pokryte były kwiatami wymalowanymi przez mróz. Przez białe szydełkowane firanki zobaczyłam wnętrze mieszkania. Pokój jasno oświetlał gazowy żyrandol. Moim oczom ukazał się duży stół przykryty białym obrusem. Na stole mnóstwo smakołyków, a wokół niego sporo osób. Kilkuletnia dziewczynka pomaga sprzątać i buzia jej się nie zamyka. Do pokoju wchodzi pani w długiej spódnicy i ślicznej bluzce z bufiastymi rękawami. Przecież ja znam tę kobietę! To nie może być nikt inny jak prababcia! Przyglądałam jej się ze sto razy na fotografii. Skoro tak, to któryś z tych dwóch łobuziaków zdejmujących ukradkiem cukierki z choinki, jest moim własnym dziadkiem. Niesamowite! Brakuje tylko ich taty. Zaraz zaraz… Jest! Siedzi przy stole. Ta sama twarz, te same oczy, które spoglądają z fotografii na ścianie mojego pokoju. To jest na pewno pradziadek Jan! Coś się dzieje. Dziadek gasi świeczki na choince. Wszyscy wstają od stołu i szykują się do wyjścia. Schowałam się za załomem domu i obserwowałam jak rozgadane towarzystwo wychodzi. Pewnie na Pasterkę. Postanowiłam pójść za nimi. W miarę zbliżania się do kościoła, zbiera się coraz więcej ludzi. Wszyscy się serdecznie pozdrawiają i życzą sobie wesołych świąt. No tak. Na razie Swarzędz jest małym miasteczkiem i wszyscy się tu znają. Słyszę słowa księdza: „przekażcie sobie znak pokoju” i w tej samej chwili czuję na sobie czyjś wzrok. To pradziadek! Uśmiechnął się do mnie… O niczym innym nie marzyłam.
Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Ocknęłam się i rozejrzałam. Znów jestem na zasypanej śniegiem ulicy. Wokół mrugają te przeklęte chińskie światełka, a obok mnie stoi mój mąż. „Pomyślałem, że podjadę po ciebie, bo jeszcze zginiesz gdzieś w zaspie”. Jak miło. „A wiesz? Dzieci postanowiły zrobić nam niespodziankę i obwiesiły nasz pokój lampkami”. No to pięknie! Genialniejszego pomysłu nie mogli mieć. W sumie… niech już będą te lampki. W końcu XXI wiek zobowiązuje, a świata nie zmienimy.
Hanna Jałocha


