Roz kiedyś, w grudniu, istny przytrajtoł się do chaty dycht zdyndany, a do tego dekiel bolał go okrutnie. Dzisiej w arbajcie dostoł w cynder, bo ciyngiem musioł sie truć z tymi tukami, co przychodzili do jego biura. A teroz mioł chcice tylko spucnąć obiod i uderzyć w nyny.
Bez letko rozwarte dźwi wsadził kluke do pokoju córki. To co najrzał poszło mu na nerwy. Jubel był tam wielachny. Na środyszku, na dywanie uczapliła się roztośtana, mało pyrdka,. W złoty papiórek owijała kartunik po papciach. Doobkoła niej pona
pywane były wszystkie insze kolorowe papióry i wstonżki do pakowania prezentów, co niedawno ze ślubnom kupili w markecie. Pobzybzane, pochrympane, pociente na kawalindki, nie nadawały się już na nic, cheba tylko do wyćpienia na gymele.
– Wiysz, to wszystko, to był drogi szport, a my bejmów nie mamy za wiela i musimy szporać ! – wydarł kalafe, aż mu się zrobiło głupio. Zamknoł dźwi i poszedł sobie lołs.
Dziecioszkowi stało sie markotno. Zaczenła cichuteńko dudleć.
***
Na Gwiazdke, w wigilijny wieczór, po wieczerzy, kiedy już Gwiazdor rozdał prezenty, istny zoczył, że dostał pudełko z zawiunzanom wielgachnom szlajfkom, owiniente w złoty papier, właśnie ten o który raz kiedyś zrobił bachandryje. Kiedy je roztworzył, ślipia rozewarł jak szyroko. Było puste…. Nic tam nie było. Co to za madaiczny podarek – pomyślał.
Widząc jego rozdziwionom pape córcia krzyknęła – tatusiu!!! – tam w środyszku jest tauzen sznupek ode mnie.
Istny zabrał to pudełko do roboty i do dzisiaj stoi na jego biurku.
A może trafiliście już kiedyś do tego biura?





